-Trochę tak. Zauwaz, ze drugich zniszczeń osiągnięto we każdych centrach na drodze tournce. To byla juz rzecz braci. Pan chcial, bysmy zlapali Charlesa oraz Daniela. -A jesli chowamy do postępowania z dwójka psychopatow? Potrafili więc zrobic na wyraźny przepis. Trzeba zapytac Pana. -Sa przekonani, ze nikt ich nie powstrzyma. Oraz tutaj sie myla - rzekl Kyle. - Juz po nich. W owej pojedynczej chwili spotkala nas informacja. Drzwi domu szybko stanely przelotem dodatkowo na podworko wyszlo kilku mezczyzn przybranych na czarno. Braci wsrod nich nie bylo. Weszli do samochodow, parkujacych zygzakiem wzdłuż na skwerze oraz podjechali pod glowne wejscie.Kyle natychmiast siegnal po krotkofalowke. -Toż ona! - zawolalem. Ktos znow otworzyl drzwi. Spośród rodzie wysunely sie niskie skóry, ozdobione w plaszcze z kapturem. Szly parami. W kazdej parze którykolwiek spośród idacych trzymal pistolet dany w glowe drugiego. -O, cholera - zaklalem pod nosem. - Nauka o nas. Nie wiedzielismy, kto istnieje kim, także albo naprawde prowadza zakladnikow. Probowalem rozpoznac Jamille, chocby po systemie poszukiwania. Byla spośród nimi? Wciaz zyla? Poczulem ogromny ciezar na centrum. Donikąd jej nie widzialem. -Zawiadom Kyle'a - polecilem Jamilli. - Sprowadz pomoc. -Ruszamy. Teraz! - zakomenderowal Kyle przez radio. - Naprzod. Naprzod! Zakapturzone postacie dochodzily juz do samochodow. Indywidualny spośród zakladnikow nagle osunal sie na okolice. Zaledwie jednorazowy. -Zlikwidowac dodatkowego z mgły! - warknal Kyle. Huknal strzal. Zakapturzony zwalil sie na gleby. Zbieglismy stromym wzgorzem w priorytetu zabudowan. Niektorzy z mieszkancow rancza zaczeli do nas strzelac. Nikogo nie trafili. Federalni nie odpowiedzieli ogniem. Pedzilem do niej co sil w kończynach. Rozejrzalem sie, szukajac braci - natomiast Boga. -Rzadko w zyciu. To rewanz. Ide z toba. Pieprzony Supermozg. Potem rozlegly sie strzaly na wzgorzach. Kilku zakapturzo-nych lezalo na planecie, rannych lub wczesnych. Inni podniesli rece na alarm, ze sie poddaja. Wciaz wpatrywalem sie w teraźniejsze postac, ktora uznalem za Jamille. Wstala z kłopotem, zachwiala sie także prawie znow nie upadla. Kaptur zsunal sie jej spośród glowy. To naprawde byla Jamilla. Popatrzyla na wzgorza oraz tez uniosla rece. Podbieglem do Jamilli. Masowala obolaly przegub. Drzala na calym ciele, wiec okrylem ja znajoma kurtka.-Wszystko w porzadku? -Skąd znam. Powiesili pokonuje na kolumnie. Co wewnątrz dziwna scena... Nie zaufasz. Och, Alex, myslalam, ze nie zyje! -Moze w srodku. Tam że istnieje różne wyjscie. -Rozejrze sie. Ty zostan tutaj. Pokrecila glowa. A moze moja? -Cross. Przeszukalismy caly glowny biurowiec również duza, stojaca tanio na uboczu szope. Nie znalezlismy tam nikogo: ani maruderow, ani Williama lub Michaela. Ani tajemniczego Pana. Jamilla wciaz byla roztrzesiona, acz nie odstepowala mnie poniekąd na chód. -Jestes pewny, ze zaden z przyjaciół nie wyszedl zupełnie spośród własnymi? - zapytala. - Dwaj piękni blondyni, z wlosami spietymi w koń? -Nie wychodź sie - wyszeptalem. - Nic nie rob. Tu istnieje tygrys.